14°C deszcz

W cieniu teklińskiej cegielni

| Gdzie: Otwock

Historia, cieniu teklińskiej cegielni - zdjęcie, fotografia

W połowie odległości między stacją kolejową w Otwocku a złożami gliny w okolicy Wólki Mlądzkiej Aldoph Goldman założył i uruchomił w 1894 roku cegielnię i nazwał ją Teklinek od imienia żony – Tekli.

Cegielnia Teklinek stanęła na bardzo dużej polanie położonej po lewej stronie dawnej drogi wiązowskiej. Zanim powstał budynek, ułożono tor kolejki wąskotorowej, który prowadził od stacji kolejowej, wzdłuż ulicy Samorządowej ( zaczynała się wówczas od ulicy Warszawskiej), dalej w lewo przez zagajniki aż do cegielni. Materiały i urządzenia dla budowanej cegielni Teklinek sprowadzane były frachtem kolejowym na stację, skąd dostarczano je na miejsce wózkami kołowymi ciągniętymi przez konia po powstałym torze. Natomiast transport gliny ze złóż przy szosie lubelskiej w Wólce Mlądzkiej odbywał się po innym torze.

Janina Gawryjałek (dziś Gniadek ) w 1920 roku mając trzy lata, zamieszkała wraz z rodzicami w Teklinie nieopodal cegielni Adolpha Goldmana. Nic zatem dziwnego, że z tym miejscem wiążą się jej najlepsze wspomnienia z lat dziecinnych i młodzieńczych, którymi chętnie się dzieli.

Odwiedziłem panią Janinę w jej mieszkaniu przy ul. Żeromskiego, w willi z lat trzydziestych „Moje złotko” pobudowanej z teklińskiej cegły za sprawą Krystyny Sosińskiej. Jeszcze przed wojną willa została sprzedana Leokadii Kucharskiej, która wraz z mężem aktorem pomieszkiwała w niej latem.

Z niewielkiej sieni wszedłem do kuchni, gdzie panią Janinę zastałem przy tarciu ziemniaków na placki. – Już kończę, proszę wejść do pokoju i chwilę poczekać – powiedziała na powitanie. Nie była zaskoczona, bo wcześniej swoją wizytę z nią uzgodniłem. Chciała widać ugościć po staropolsku w myśl powiedzenia „czym chata bogata, tym rada”, więc tarła ziemniaki, by uraczyć gościa plackami. Po chwili przyszła, a raczej przykuśtykała na chorych nogach, na stole postawiła placki, a sama przycupnęła na brzegu łóżka.

- Będąc podlotkiem, zaczęłam pracować w cegielni, czyniąc różne posługi – rozpoczęła swoją opowieść pani Janina. – Przewracałam suszącą się na placu cegłę, stemplowałam znakiem firmowym „Teklinek”, a nieco później dano mi zajęcie w kuchni, gdzie z innymi kobietami gotowałam obiady dla dzieci pracowników. Było gwarno i wesoło, bo razem ze mną w cegielni pracowało aż dziewiętnaście panien, więc chłopcy, gdy tylko mogli, kręcili się przy nas, zagadując i dowcipkując. Wszyscy czekaliśmy sobotniego fajrantu, gdy mogliśmy wziąć ,,tygodniówkę”, wystroić się i bawić na specjalnie wyznaczonym przez właściciela placu. Tańczyliśmy i robiliśmy nieraz pokazy teatralne aż do białego rana. Wcześniej takie zabawy organizowane były w niedzielę, ale pan Goldman stwierdził, że w poniedziałek pracownicy są za mało zwinni i wciąż ziewają. Kazał zatem przenieść je na soboty, co pasowało wszystkim, bo w niedzielę można było odpocząć, iść na spacer do Mlądza albo do Otwocka, pojechać po torach tramwajem konnym.

Pani Janina przerwała swoją sentymentalną opowieść, bo ktoś zapukał do drzwi.

- Proszę wejść – zawołała głośno gospodyni, a ciszej dodała, że to jej nowy sąsiad Andrzej Ryfczyński, którego dziadek, pan Całka, powoził bryczką Goldmana, a wcześniej służył pod Piłsudskim. Pan Andrzej, znany świnoujski fotograf, sprowadził się do Otwocka kilka miesięcy temu do domu, który wybudował na ojcowiźnie obok działki dziadka otrzymanej od Goldmana za dobrą i ofiarną pracę.

- Pan Goldman dbał o pracowników – stwierdziła pani Janina. – Zimą, gdy cegielnia nie szła, wszystkim swoim stałym pracownikom płacił 70 zł miesięcznie i dodatkowo dawał mąkę, cukier, dżemy...W lecie pracować mógł każdy, kto tylko chciał i nie był leniwy, bo zamówień na cegłę i kafle było bardzo dużo. Cegła wyrabiano ręcznie -  na specjalne życzenia -  i mechanicznie. Były trzy duże sznajdery, w których mieszano glinę przywożoną wózkami konnymi z okolicznych wyrobisk, a następnie innymi wózkami albo taczkami rozwożono do stanowisk, gdzie maszyna lub też pracownicy zapełniali nią formy. Następnie cegła układana była na placu, ale pod dachem, gdzie schła i dopiero później wypalano ją w piecu – tłumaczyła pani Janina.

- Cegielnia Teklinek była czynna do wojny, ale powstałe wokół niej budynki i gospodarstwa utworzyły osadę Teklin, która istnieje po dziś dzień – wtrącił do rozmowy pan Andrzej. - Z cegły wytwarzanej w cegielni pobudowanych jest wiele otwockich domów i willi. Niektóre, jak willa „Moje złotko”, stoją do dziś. Inne zestarzały się albo zostały rozebrane, podobnie jak cegielnia Teklinek. Są jednak ludzie, którzy dobrze pamiętają cegielnię. Niedawno rozmawiałem z panem Mieczysławem Paśniczakiem, który wypalał w piecu cegłę, a z kolei Cecylia Żurawska, mieszkająca przed wojną z rodzicami w domku na wzgórzu, wspomina tętniącą życiem cegielnię i  jej smutny upadek. Podobnie jak Kazimierz Szymański, który był jednym z czterech, co w 1957 kładli komin, czyli ostatni widoczny ślad po cegielni – podkreślił Andrzej Ryfczyński.

Z tego, co pamięta pani Janina, Niemcy w czasie wojny urządzili sobie w budynkach cegielni magazyny, bo rezydowali w szpitalu nieopodal, gdzie leczyli swoich żołnierzy. - Pracowałam tam w kuchni wraz z innymi Polkami. Pod koniec wojny cegielnię i szpital zajęli żołnierze radzieccy. Najgorsze dla cegielni stało się po wojnie. Szaber był tak zmasowany, że na placu, prócz komina, nie zostało nic. - Pani Janina zamilkła i ręką otarła łzy. Z Andrzejem nie przerywaliśmy ciszy, jaka zapanowała nagle w pokoju.

- Pod koniec lat 30-tych pan Goldman przestał się udzielać – wróciła po chwili do wspomnień pani Janina. - Mówiło się, że cegielnię sprzedał, ale zostali w niej udziałowcami, a może nawet zarządzającymi, jego synowie - Kazimierz i Ignacy. Produkcja cegły nie była już tak duża jak wcześniej. Ludzie mniej się budowali, bo ceny wszystkiego rosły z dnia na dzień, więc pieniądze wydawano głównie na żywność. Pan Kazimierz miał jednak nadzieję, że kryzys minie i cegła znów będzie się dobrze sprzedawała. Zginął w pierwszych miesiącach wojny, zastrzelony przez Niemców, gdy wiózł szosą lubelską cegłę do klienta.

 Tak kończy się historia rodziny przedsiębiorców niemieckiego pochodzenia -  Goldmanów i ich cegielni „Teklinek”. Pozostały jedynie zalane wodą glinianki zwane po dziś dzień Dołami Goldmana i osada Teklin, a w niej wiele ludzi, którzy związani byli z cegielnią.

Andrzej Kamiński

 

 

 

 

 

W cieniu teklińskiej cegielni komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na iOtwock.info





Historia, Otwock - więcej informacji