Elżbieta Barszczewska w Otwocku i Świdrze

01/12/2018 12:24
Historia, Elżbieta Barszczewska Otwocku Świdrze - zdjęcie, fotografia

Andrzej Józef Dąbrowski - wspomnienie: W mojej rodzinie Elżbieta Barszczewska była żywą legendą i jedną z najbardziej szanowanych aktorek. Znałem przedwojenne filmy z jej udziałem. We wczesnej młodości widziałem ją na scenach Teatru Narodowego w “Elektrze” Eurypidesa, “Wiśniowym sadzie” Czechowa, “Fircyku w zalotach” Zabłockiego, “Moście” Szaniawskiego oraz w warszawskim Teatrze Polskim w “Nocy iguany” Williamsa i “Jakiej nie pragniesz” Pirandella.

Ujmowało mnie jej aktorstwo uwznioślające grane bohaterki i nadające im ponadczasowy wymiar. Lubiłem również jej piękny głos znany mi także z Teatru Polskiego Radia. Fascynował mnie również typ pięknej, szlachetnej i ciepłej kobiety, jaki stworzyła na scenie i ekranie.

*
Osobiście zetknąłem się z panią Elżbietą po raz pierwszy w otwockim Liceum Ogólnokształcącym nr 33, którego byłem uczniem. Jego dyrektorka Anna Solska poprosiła, abym zaopiekował się grupą aktorów, których zaprosiła na występy we fragmentach znanych dramatów. Okazało się, że wśród nich znalazła się Elżbieta Barszczewska. Partnerowali jej m.in. Czesław Wołłejko, Igor Śmiałowski i Ignacy Gogolewski, który był absolwentem naszego liceum. W pamięci utkwiły mi najbardziej sceny z “Niemców” Kruczkowskiego, w których pani Elżbieta grała Panią Soerensen. Była przejmująca jako matka, która próbuje wydostać z więzienia syna aresztowanego przez gestapo. Po występie odbyło się spotkanie aktorów z dyrekcją i nauczycielami.

Ja także byłem na nie zaproszony jako przedstawiciel samorządu uczniowskiego, zajmujący się życiem kulturalnym szkoły. Do moich obowiązków należało wygłaszanie prelekcji i słów wiążących w koncertach muzycznych i poetyckich oraz przygotowywanie występów teatralnych i kabaretowych. Podczas obiadu mogłem porozmawiać dłużej z Czesławem Wołłejką, który pytał o imprezy przeze mnie organizowane. Bacznie jednak obserwowałem panią Elżbietę, siedzącą skromnie z boku i przysłuchującą się rozmowom. Nie brała w nich udziału. Nie miała w sobie nic a nic z wielkiej gwiazdy, jaką była w oczach wielu widzów. Wszyscy byli w nią wpatrzeni jak w obraz i jednocześnie zaskoczeni jej skromnością. W prostej, szarej sukience, z szarymi oczyma i lekko przyszarzonymi włosami, bez żadnych biżuteryjnych ozdób, sprawiała wrażenie bardziej zakonnicy niż aktorki wielbionej przez tłumy. Mimo owej szarości była nadal bardzo piękna. Miała w sobie coś magnetyzującego i zarazem ujmująco uroczego.

Była zdumiona, że wiem sporo o jej rolach i że do ściennej gazetki poświęconej Słowackiemu napisałem esej o jej kreacjach w jego dramatach. Gazetka ta wisiała w głównym hallu, więc ją z dumą pokazałem pani Elżbiecie. Znalazły się tam jej zdjęcia w rolach Lilli Wenedy, Dianny w “Fantazym”, Salomei w “Horsztyńskim” i Amelii w “Mazepie”. Dyrektorka i polonistka były szczęśliwe, że liceum może pochwalić się tą gazetką, ja zaś poprosiłem o autograf, który dostałem w zeszycie od matematyki. Pani Elżbieta napisała w nim - “Panu Andrzejowi, kto wie - może przyszłemu redaktorowi - na pamiątkę Elżbieta Barszczewska”. Było to 16 grudnia 1966 roku.
*
Rok później więzi sympatii, a potem intensywnej przyjaźni połączyły mnie z jej synem Juliuszem Wyrzykowskim, pamiętnym Królem Maciusiem w filmie pod tym samym tytułem. On studiował na Wydziale Aktorskim warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej (obecnie Akademia Teatralna), ja zaś na polonistyce na Uniwersytecie Warszawskim. Byliśmy w jednym plutonie w Studium Wojskowym, które nam obu mocno dawało się we znaki.

Na dobre połączyły nas spory historiozoficzne i wydarzenia marcowe 68’, które wybiły nam z głów złudzenia, co do panującego wówczas ustroju i dyktatury proletariatu jako najlepszej formy władzy. Oglądaliśmy wspólnie przedstawienia, filmy i wystawy, chodziliśmy na spacery. Julek pasjonował się historią poszczególnych monarchii, natomiast ja historią literatury i teatru. On bywał częstym gościem w moim domu rodzinnym w Świdrze, ja zaś w jego domu przy Alei Szucha w Warszawie. Po śmierci moich rodziców i po śmierci ojca Julka - Mariana Wyrzykowskiego, wybitnego aktora, reżysera i pedagoga - za sprawą owdowiałej pani Elżbiety, stałem się w jej mieszkaniu niemal domownikiem. Traktowany byłem przez nią i Julka jak członek rodziny. W każdy poniedziałek oglądaliśmy razem przedstawienia Teatru Telewizji. Świętowaliśmy różne wydarzenia, zasiadaliśmy wspólnie do świątecznego stołu. Okresowo przemieszkiwałem w pokoju pana Mariana i korzystałem z bogatej biblioteki i płytoteki gospodarzy.

[Elżbieta Barszczewska w  "Wujaszku Wani"]
*
W latach siedemdziesiątych pani Elżbieta przyjeżdżała kilka lat z rzędu na wypoczynek do Świdra do niewielkiego domu wypoczynkowego należącego do Lecznicy Ministerstwa Zdrowia. Zazwyczaj pojawiała się w marcu, wyczerpana przesileniem zimowo-wiosennym i latem, podczas urlopu, którego część spędzała wcześniej z Julkiem na jugosłowiańskim brzegu Adriatyku. Julek, jeśli tylko mógł, także korzystał z tego domu wypoczynkowego, a jeśli nie było tam dla niego miejsca, zatrzymywał się u mnie. I wtedy na przemian, pani Elżbieta przychodziła do nas na herbatę albo my chodziliśmy do niej.

Mieszkanie moje po rodzicach, w typowym “świdermajerze” położonym na polanie u zbiegu ulic Majowej i Kolorowej, było pozbawione jakichkolwiek wygód. Bardzo mnie to krępowało, natomiast nie przeszkadzało pani Elżbiecie. Sprawiała wręcz wrażenie, że żadne warunki nie są dla niej straszne. Bywało, że pomagała mi rozpalić pod kuchnią i w kaflowym piecu, bywało, że sama rozbiła bryły węgla i szczapy drewna na drobniejsze kawałki. Sąsiedzi mieli mi za złe, że pozwalam, żeby tak wielka aktorka, mająca tak piękne ręce, wykonywała niegodne jej prace. Na domiar złego, nie oglądając się na mnie, pani Elżbieta raz i drugi przyniosła w wiadrze wodę ze studni na podwórku. Po czym parzyła herbatę w zakorkowanym imbryczku ustawionym na czajniku, będąc w tym mistrzynią nad mistrzynie. Do tej pory robię herbatę jej sposobem.

W tymże Świdrze pani Elżbieta zdumiewała mnie także różnymi umiejętnościami, których nikt by się po niej nie spodziewał, np.w pracach ogrodowych. Naśmiewała się ze mnie, że nie umiem prawidłowo skopać ziemi, wbić gwoździa lub rozbić namiotu, który mi podarowala. Ona robiła to w pięć minut. Dosłownie. Zwijała równie szybko. To samo dotyczyło różnych wiązań. Okazało się, że nauczyła się tych czynności w harcerstwie. Najbardziej lubiłem, kiedy pani Elżbieta wyjmowala jakąś książkę z mojej domowej biblioteki, siadała w fotelu lub w ogródku na leżaku i zatapiała się w lekturze. Wtedy szliśmy z Julkiem nad rzekę, żeby jej nie przeszkadzać. O dziwo, ta wijąca się rzeka o nazwie tej samej, co miejscowość, jakoś nie pociągała pani Elżbiety. Nie pamiętam, żeby nad nią z nami chodziła, choć od mojego domu było do Świdra zaledwie sto metrów.
*
W owym domu wypoczynkowym Lecznicy Ministerstwa Zdrowia do pokoju pani Elżbiety zaglądali różni kuracjusze. Najczęściej po to, żeby się jej przedstawić i zapewnić o swoim szacunku. Byli to znani ludzie nauki, niekiedy dawni politycy, czasem też weterani wojenni. Nie brakowało laudacji i mów hołdowniczych. Panią Elżbietę to peszyło, wolała bowiem być postacią anonimową. Czasem przysiadały się do niej na tarasie lub w parku mocno starsze panie, które Julek nazywał ciotkami rewolucji. I w rzeczy samej, albo same miały komunistyczną przeszłość, albo były związane z działaczami partyjnymi. Rozmowa z nimi się nie kleiła, ale one usilnie zabiegały, by znaleźć się w pobliżu sławnej aktorki. Była wśród nich pani Wanda Górska, ostatnia żona czy też konkubina Bolesława Bieruta. Ona wręcz adorowała panią Elżbietę, co było kłopotliwe i męczące. Opowiadała nam o różnych epizodach swojej pracy w Belwederze i anegdoty o wysokich dostojnikach państwowych. Od niej też dowiedzieliśmy się, jak wyglądała śmierć Bieruta na Kremlu.

[W filmie "Granica"]
*
Treścią naszych świderskich rozmów, podobnie jak w Warszawie, były przede wszystkim doraźne sprawy życiowe, studenckie i zagadnienia teatralne. Mając dostęp do księgozbioru i archiwum domowego pani Elżbiety, obcując z nią i Julkiem niemal na co dzień, wsiąkłem w ich sprawy, zainteresowania i problemy. Oni pomagali mi, ja im. Na studiach wybrałem specjalizację z historii teatru polskiego. Profesorowie Stefan Treugutt i Tadeusz Sivert, wiedząc o bliskich więzach łączących mnie z aktorką, namówili mnie na napisanie o niej pracy magisterskiej.

W Świdrze zatem “odpytywałem” panią Elżbietę z ról, które uznane zostały za jej największe kreacje. Tam też powstały pierwsze notatki i pierwsze szkice o dwóch nowych jej rolach - Heleny Kruczyniny w “Niewinnych winowajcach” Ostrowskiego i Pani Alving w “Upiorach” Ibsena. Później tematem, do którego wracaliśmy podczas spacerów pod sosnami, były losy Marii Stuart, albowiem pani Elżbieta szykowała się do występu w tej roli w tragedii Fryderyka Schillera. Przeczytała niemal wszystko o tej postaci. Oczywiście na scenie zamierzała jej bronić, ja zaś przypominałem grzechy królowej popełnione w młodości. Naciskałem, by nie pokazywać Marii li tylko jako uciśnionej ofiary. Powstała kwestia, w jakim stopniu zmieniło ją osiemnastoletnie uwięzienie przez królową Elżbietę I i czy rzeczywiście Maria była świadoma własnych błędów. Spieraliśmy się również o to, czy walczy ona o odzyskanie władzy w Szkocji, a może nawet i o tron Anglii, czy tylko o osobistą wolność i możliwość wyjazdu do Francji. Najpierw o pierwsze, potem o drugie - twierdziła pani Elżbieta. I miała rację. Rola Marii Stuart była jej kolejnym sukcesem. Publiczność nagradzała ją w finale frenetycznymi wręcz brawami.
*
Po studiach polonistycznych i podczas podyplomowych studiów literacko-teatralnych byłem przez kilka lat recenzentem teatralnym związanym z ówczesnym dwutygodnikiem “Teatr” oraz redaktorem programów wydawanych przez Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy. Następnie, po dwunastu latach pracy reżyserskiej, wróciłem do pisania i pracy redakcyjnej. Tym razem w polskich mediach w Nowym Jorku. Przeczucie pani Elżbiety się sprawdziło. Świder i Otwock z lat mego dzieciństwa i wczesnej młodości opisałem wielokrotnie w swoich artykułach i wspomnieniach. Panią Elżbietę również.
Andrzej Józef Dąbrowski


Na zdj. u gówy: Elżbieta Barszczewska jako Wanda Porębska w scenie z filmu "Płomienne serca" (1937)
 


Andrzej Józef Dąbrowski (ur. 4 lutego 1950 r. w Warszawie) – polski publicysta, redaktor i reżyser teatralny. Był czynnym uczestnikiem wydarzeń marcowych w 1968 roku i aktywnym działaczem podziemnej Solidarności. Od 1989 roku mieszka w USA, w Nowym Jorku, gdzie pracował jako dziennikarz i redaktor w mediach polonijnych. Obecnie związany z Instytutem Piłsudskiego. Jest też stałym współpracownikiem nowojorskiego tygodnika "Kurier Plus".
 

Reklama

Elżbieta Barszczewska w Otwocku i Świdrze komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Chcesz coś sprzedać lub kupić, oferujesz usługi, szukasz pracownika lub pracy?

Dodaj swoje drobne ogłoszenie w naszym serwisie. Zapraszamy!

Dodaj ogłoszenie
Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez iotwock.info, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

"WBB" PAŚNICZEK IRENEUSZ JÓZEF z siedzibą w Otwock 05-400, WSPANIAŁA 35 B.,

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"