10°C słabe opady deszczu

Życie w rytmie ślimaka

Emerycki czas dłuży się i każdego dnia ślimaczy. Urszula i Andrzej Szostakowie w swoim niewielkim otwockim mieszkanku przez prawie rok nie wiedzieli, jak mają swój wolny czas zagospodarować. 

Któregoś dnia Urszula, rozmawiając z koleżanką z Danii, gdzie do niedawna mieszkała z córką i mężem, skarżyła się na brak zajęcia, na co usłyszała:
- Zajmijcie się hodowlą ślimaków.
- Na dywanie w pokoju? – zapytała, śmiejąc się z dowcipu koleżanki .
- Wydzierżawcie pole i na nim załóżcie hodowlę. To zajmie wasz czas i pozwoli co nieco zarobić – poradziła ta zupełnie serio.

O pomyśle opowiedziała mężowi. Uruchomili komputer i zaczęli przeglądać w internecie wszystkie informacje na temat hodowli, a przeliczając koszty i zyski, coraz bardziej byli przekonani, że warto spróbować. Oboje wszak nie znoszą nudy, a oglądanie tureckich seriali uważają za stratę czasu. Lubią natomiast nowe wyzwania, szczególnie trudne i mało znane. Rozpuścili więc wśród znajomych wici, że szukają działki, a najlepiej z domem. Obejrzeli kilka, ale żadna na ich hodowlę się nie nadawała. Dopiero ta w Lubicach wydawała się być odpowiednia, choć stojący na niej dom, będący w kompletnej ruinie, nie napawał optymizmem.

Życzliwe Lubice

- Pomożemy państwu w karczowaniu działki i remoncie domu – namawiała sołtys Lubic Izabella Leleń. – Ta nieruchomość jest własnością wsi. W budynku mieściła się kiedyś szkoła, a następnie firma krawiecka, ale kiedy się wyprowadziła, budynek zaczął niszczeć. Wsi jednak bardzo zależy, by ktoś o niego zadbał, a działkę zagospodarował – mówiła, zachęcając do dzierżawy. I przekonała. Podpisano stosowną umowę, a mieszkańcy Lubic tak, jak sołtys obiecała, pomogli przy karczowaniu, stawianiu ogrodzenia, odgruzowaniu domu…

Równocześnie Urszula i Andrzej Szostakowie nawiązali kontakt z jedną z większych w kraju przetwórni ślimaków, przeszli stosowne szkolenie i przygotowali teren pod hodowlę. - Mieszkańcy Lubic okazali się niezwykle serdeczni i uczynni. Nie mieliśmy, jak to mieszczuchy, pojęcia o karczowaniu, ani nie mieliśmy narzędzi. Przynieśli swoje i z uśmiechem wyrzynali samosiejki, krzaczory, niwelowali teren… – mówi Ula Szostak z widoczną wdzięcznością na twarzy, a jej mąż Andrzej dodaje - Budynek jako tako przystosowaliśmy do zamieszkania, a także do utworzenia w nim pomieszczeń do przetrzymywania ślimaków w fazie reprodukcji i lęgu. 

Ślimakowy interes

Państwo Szostakowie opowiadają z uśmiechem o swoim ślimakowym biznesie. - W październiku ubiegłego roku zakupiliśmy od firmy 150 kg reproduktorów w stanie hibernacji, w której pozostały, w specjalnie przygotowanym pomieszczeniu utrzymywanym w odpowiedniej temperaturze i wilgotności (dba o to komputer), do marca tego roku. Wtedy nasze ślimaczki zaczęły się budzić z półrocznego snu w skorupach, okazując wilczy apetyt i przemożną, bo instynktowną chęć składania jaj. 

Karmimy je specjalną paszą i kiedy czują się syte, szukają miejsca, by złożyć kokony, w których znajduje się średnio ok. 200 jajeczek. Podstawiamy im zatem doniczki z ziemią, w której nurkując, rodzą kokony. Po połogu umierają. Kokony układamy w kuwetach, w których przebywają ok. 3 tygodni. 

W maju z jaj wylęgają się malutkie ślimaczki. Przenosimy je do wcześniej przygotowanego namiotu foliowego, w którym rośnie już perko-  roślina, która jest odmianą rzepaku, często przeznaczana do spożycia przez zwierzęta w postaci zielonki. Jednak w hodowli ślimaków służy raczej jako osłona przed nadmiernym ciepłem słonecznym i jest rośliną utrzymującą odpowiednią wilgotność. Karmę bowiem dostarczamy sami. 

W maju, kiedy już nasza ślimakowa młodzież poczuła się rześko, a słońce miło grzało, wynieśliśmy ją na pole i umieściliśmy pod tzw. skrzynkami, wokół których rośnie perko. Tu ślimaki, karmione specjalną paszą, wzrastają i dorośleją aż do października. Wówczas,gdy nie są już karmione, pod wpływem instynktu przetrwania, chowają się do swych skorup i zapadają w sen. Jest to dla nas czas zapakowania ich do worków podobnych do tych, w których transportuje się cebulę czy inne warzywa i odstawienia do firmy, z którą wcześniej podpisaliśmy umowę. 

Jest zajęcie i nadzieja na zysk

Liczymy, że uda nam się zebrać około 10 ton ślimaków. Czy zarobimy? Nie w pierwszym roku. Może za dwa, trzy lata, gdy zrównoważymy koszty remontu domu, przystosowania pomieszczeń do hibernacji i wylęgu, zakupu i instalacji sterowników, zakupu reproduktorów… Najważniejsze, że mamy zajęcie i nadzieję na dobre zyski – podkreśla z uśmiechem Andrzej, a Ula dopowiada, że jest szczęśliwa, iż los sprawił, a sołtys Izabella Leleń i mieszkańcy Lubic pomogli, by mogła wraz z mężem mieszkać i pracować w tak urokliwym miejscu i w otoczeniu sympatycznych ludzi.

Andrzej Kamiński


 

Życie w rytmie ślimaka komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się