27°C bezchmurnie

Historię trzeba zobaczyć

Historia, Historię trzeba zobaczyć - zdjęcie, fotografia

Z Jarosławem Dąbrowskim z Klubu Miłośników Historii „Warszawa” - rekonstruktorem i uczestnikiem pikniku historyczno-militarnego na Dąbrowieckiej Górze rozmawia Andrzej Idziak

- Muszę przyznać, że wygląda Pan bardzo realistycznie… Co Pan ma na sobie?

- Jest to kombinezon maskujący stosowany w wielu różnych odmianach barwnych przez żołnierzy-snajperów walczących w szeregach I Armii Wojska Polskiego. Ten, w który jestem ubrany, w kolorze brązowo-piaskowym, od charakterystycznego rozmytego kształtu plam nazywany był „amebą” i ze względu na wariant kolorystyczny zwykle używany jesienią. Zarówno sprzęt wojskowy, jak i moje wyposażenie mają pochodzenie rosyjskie, a w zasadzie radzieckie i są typowe dla formacji żołnierskich działających w tamtym czasie. Stąd też taki, a nie inny deseń kombinezonu, typowy dla armii radzieckiej. Takich ubrań używali zwiadowcy, obserwatorzy i strzelcy wyborowi, słowem - wszyscy ci, którzy musieli być jak najmniej widoczni w terenie. Kombinezon nakładało się na ubranie, dlatego ma szeroki krój i rozmiar oraz na tyle luźny kaptur, że rozmywa linię barków, szyi i głowy, a wszystko po to, aby kształt widziany w terenie był jak najmniej podobny do człowieka. To doskonały kamuflaż, a przede wszystkim - tani i łatwy w produkcji.

- A skąd pochodzi ten strój, to oryginał?

- Nie, ten strój to replika. Oryginały trudno znaleźć. Materiał był tak nietrwały i słabej jakości, że trudno oczekiwać, aby kombinezony w dobrym stanie przetrwały do naszych czasów, choć pewnie jakieś pojedyncze egzemplarze, odpowiednio zabezpieczone, można jeszcze spotkać w muzeach.

- Jak więc kompletuje się taki ubiór?

- Cześć rzeczy robi się samemu, niektóre kupuje lub wymienia w gronie ludzi o podobnych zainteresowaniach. Ostatnio rekonstrukcje stały się modne, w związku z czym ceny wojskowego wyposażenia na wolnym rynku są astronomiczne. Poza tym z każdym rokiem oryginalnych części żołnierskiego ekwipunku jest coraz mniej. To nowe zjawisko, bo jeszcze kilka lat temu za równowartość przysłowiowych „kilku jajek” można było zdobyć autentyczne fragmenty wojskowego umundurowania lub broń z czasów II wojny światowej. Teraz też teoretycznie jest to możliwe, ale wszystko ma swoją… CENĘ!

- To znaczy, że hobby nie jest tanie?

- Zdecydowanie tak. Głównie za sprawą pewnej mody na historię, na rekonstrukcje… Coraz częściej też mamy do czynienia z czymś, co trudno nazwać prawdziwą rekonstrukcją, tylko bardziej… „cepelią” albo jeszcze gorzej - „cepeliadą”.

- A jak odróżnić rekonstruktora z prawdziwego zdarzenia od naśladowcy?

- Prawdziwy rekonstruktor to człowiek, dla którego historia stanowi autentyczną pasję, to miłośnik określonej epoki, jej obyczajowości i kultury, ale też członek społeczności, która nie wtłacza w młode umysły fałszywego wyobrażenia wojny, męczeństwa i cierpienia, który nie pozwala wykorzystywać się w sposób polityczny czy ideologiczny. Pamiętajmy, że rekonstrukcje historyczne są tylko formą zabawy, swego rodzaju teatru, który w żaden sposób nie jest w stanie przybliżyć grozy odtwarzanych faktów. Wojna to ZŁO. Musimy zdawać sobie z tego sprawę.

- Zawsze interesowało mnie skąd bierze się w ludziach taka pasja? Zainteresowanie wojną, militariami, kreowaniem postaci i wydarzeń historycznych...

- Myślę, że to naturalne zjawisko. W przypadku mojej rodziny jest akurat trochę inaczej, bo wszyscy mieli coś wspólnego z wojskiem. Ja też jestem oficerem rezerwy… Ale zainteresowanie historią jest czymś oczywistym. O tym, co wydarzyło się w przeszłości, musimy pamiętać i co najważniejsze - wyciągać wnioski po to, by zło nie powtórzyło się po raz drugi, by ponownie nie popełnić błędu…

- Co jest takiego w tej pasji, że chce się ją uprawiać?

- Wszystko, co jest nieznane - jest arcyciekawe, a dotknięcie historii jest czymś niezwykłym. Jeżeli mamy możliwość wziąć do ręki broń wyprodukowaną kilkadziesiąt lat temu, którą rzadko można obejrzeć w muzeum czy przymierzyć mundur, jaki odziewali nasi dziadkowie podczas wojny, to zawsze pojawia się ten… dreszczyk emocji. I od razu rodzą się pytania typu, który hełm jest wygodniejszy i bardziej funkcjonalny, dlaczego łyżki w niezbędniku różnych armii różnią się swoim kształtem i która żołnierska koszula jest bardziej komfortowa w noszeniu.

- Czy organizowanie takich lekcji „na żywo” to dobra forma nauczania historii, lepsza niż ta opisana w podręcznikach?

- Na pewno tak. Podręcznik wymaga jednak od ucznia ogromnej wyobraźni. W przeciwieństwie do filmu, do obejrzenia którego potrzebny jest tylko czas i otwarte oczy. Czytając książkę, trzeba poskładać litery w słowa, zrozumieć je i zapamiętać, a na końcu jeszcze uruchomić naszą wyobraźnię. To, co widzimy i co można dotknąć, bardziej przemawia do młodego człowieka i zapada w pamięć. Na Uniwersytecie Warszawskim powstał nawet taki projekt pod nazwą „Dziecięcy Uniwersytet Ciekawej Historii”, w którym biorą udział dzieci ze szkół podstawowych i gimnazjów, gdzie podczas zajęć prowadzonych przez członków grup rekonstrukcyjnych uczniowie mają możliwość zobaczyć na własne oczy, jak wyglądały dawniej stroje czy przedmioty codziennego użytku. No i oczywiście ważny jest kontekst takich działań, to, co staramy się przekazać, musi być autentyczną historią, a nie najgorzej rozumianą propagandą. Propaganda historii - TAK, ale propaganda zamiast historii - już niekoniecznie!

- Dziękuję za rozmowę!

 

 

Historię trzeba zobaczyć komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się