27°C bezchmurnie

Z archiwum reportera - Trudno zapomnieć

Historia, archiwum reportera Trudno zapomnieć - zdjęcie, fotografia
  • Fotka nr 0 z 3
  • Fotka nr 1 z 3
  • O otwockich Żydach wie tyle
    O otwockich Żydach wie...

O otwockich Żydach wie tyle, ile opowiedziała jej matka i sama widziała, a nawet przeżyła, bo wyglądała jak żydowskie dziewczyny: ruda, piegowata, z lekko garbatym nosem. Choć było rdzenną Polką, w czasie wojny musiała się ukrywać, by Niemcy jej nie zastrzelili.

Cecylia Witan, po mężu Żurawska, miała jedenaście lat, gdy brukowane uliczki Otwocka echem odbiły miarowe kroki hitlerowskich żołnierzy. Na mieszkańców padł strach, ale nikt nie chował się, nie zamykał okiennic, sklepów i składów. Działał nawet ośrodek zdrowia przy ul. Warszawskiej i lekarze szczepili przeciw durowi brzusznemu. Na pozór wszystko toczyło się normalnie. Tyle tylko, że co bogatsi Żydzi spakowali manatki i wyjechali, zostawiając okazałe wille. Biedniejsi, słysząc o prześladowaniach, też rozważali ucieczkę. W pewien zimowy wieczór 1939 roku starszyzna średnio zamożnych Żydów zebrała się w domu Bieleckich. Tych, co przy rampie prowadzili skład materiałów budowlanych. Siedząc przy kominku, obliczali swoje finansowe i fizyczne możliwości przedostania się za Bug. Nagle zelektryzowało wszystkich łomotanie do drzwi. Goście Bieleckich ledwo zdążyli pochować się po pokojach, gdy do mieszkania wtargnął cuchnący alkoholem mężczyzna.

- Dajcie mi swoje oszczędności, to pomogę wam ujść cało z tej wojny. Jak nie, zgnijecie w gettcie – mówił, słaniając się na nogach.

- Ależ panie policjancie, panie Kamiński, przecież pan nas zna, nie jesteśmy bogaci – tłumaczył Bielecki.

- Parszywe Żydy – ryknął wściekle Kamiński, policjant z posterunku w Józefowie, mocno zdenerwowany, że został zdemaskowany.

Słaniając się na nogach, wyjął pistolet i zaczął strzelać. Zginęła cała rodzina, a zła wiadomość rozeszła się następnego dnia po Otwocku. Dotarła też do przełożonych policjanta. Kazali mu się spakować i z rodziną wynieść do Pustelnika koło Mińska Mazowieckiego, gdzie pracował w gospodarstwie rolnym.

Zima 1942 roku była sroga, a śnieg głęboki. Cecylia szła z Teklina do Wiązowny wykupić na kartki niezbędną żywność: chleb, mąkę, cukier. – Zwykle biegałam przez mlądzkie pola i emowski las, bo bliżej. Tym razem, z powodu śniegu, szłam drogą do Wólki – wspomina pani Cecylia. – Na wysokości Rudki, gdzie majaczyły przysypane śniegiem puste domy pożydowskie, zobaczyłam nadjeżdżającą podwodę z mężczyznami.

- O! Żydówka, taka ją mać – krzyknął po polsku ktoś z sań i zaczął repetować karabin.

- Zostaw ją! Daleko nie ujdzie – powstrzymał kolegę inny.

- Ale uszłam i doszłam do sklepu. Do domu wracałam już lasem, brnąc po pas w śniegu. O zdarzeniu opowiedziałam mamie. Załamała ręce i krzyknęła: - Olaboga świętego. Narzuciła chustę i pobiegła czym prędzej do kumy Woźniakowej poradzić się, co ze mną robić. – Bierz kumo dziewuchę i na wsi ukryj, bo tu jakieś Niemce ci ją ubiją – poradziła matce ciotka.

Tak też matka zrobiła. Opatuliła mnie oraz siebie i przez Kopki i Gliniankę poszłyśmy do Rzakty, gdzie żyła rodzina. – Trzymajta ją tu chódź do kuńca wojny, a nigdzie nie puszczajta – prosiła. I dosiedziałam u ciotki na wsi do końca wojny. Pod koniec kwietnia 1945 roku, gdy już przewalił się front i było spokojniej, wybrałam się do mamy do Teklina i już zostałam – mówi z lekkim uśmiechem, i głęboko oddychając, pani Cecylia, wskazując tym, że wyrzuciła z siebie najgorsze wspomnienie. Takie, o którym trudno mówić obcemu, bo z odległego i bolesnego dzieciństwa pochodzą.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do policjanta Kamińskiego. Kiedy Niemcy uciekli, a na ich miejsce weszli latem 1944 roku Ruscy, pozwolono Kamińskim wrócić. Zamieszkali w pożydowskim domu w Rudce. Jednak ludzie nie zapomnieli tej bestialskiej zbrodni granatowego policjanta z początku wojny. W piątą rocznicę zamordowania rodziny Bieleckich anonimowi sprawcy, prawdopodobnie znajomi i przyjaciele tej rodziny, dokonali równie krwawej i makabrycznej zemsty. Żywcem spalili policjanta Kamińskiego, jego żonę i osiemnastoletnią córkę, podpalając w nocy ich dom i nie pozwalając nikomu z niego uciec. Przeżyło trzech synów: Roman, Walery i Marian, bo będąc żołnierzami armii polskiej, u boku czerwonoarmistów, zdobywali w tym czasie Berlin.

„Marny widok”

Dom pani Cecylii i jej męża Bronisława stoi na Walkowej Górce. Dostać się do niego można tylko leśnym duktem. Ktoś zapomniał wytyczyć drogę, gdy po wojnie porządkowano administracyjnie miasto, zmieniono tylko adres: już nie Teklin numer taki i taki, a Otwock, ul Żeromskiego. Pani Cecylia wspomina, jak doszło do budowy tego domu.

Matka Cecylii, dziewczyna z Rzakty- Katarzyna Makos, gdy dorosła, znalazła sobie pracę w Otwocku, a szwagier wyswatał ją ze swoim wujem Witanem, dużo od niej starszym wdowcem. Rodzice dali dziewczynie w posagu nieco gotówki, co starczyło na kupno działki. Kupili ją z mężem na Walkowej Górce, bo innej wolnej nie było. Znajomi żartowali, że marny z niej widok, bo wokół tylko las. Żart jednak przylgnął do posesji i przez długie lata nazywano ją „Marny widok”.

W 1927 roku rodzice Cecylii zaczęli budowę domu. Niestety, kończyć go musiała matka, bo ojciec dwa lata po ślubie zmarł. Celka miała roczek. Matka wywiozła ją do swojej siostry na wieś, nie mogąc sama się nią zajmować, obciążona pracą zarobkową i budowaniem domu. Na szczęście pomogła jej rodzina męża, a szczególnie szwagier Kieler. Cegła za cegłą, deska za deską i dom stanął w 1935 roku. Równocześnie z otwarciem wojskowego sanatorium w Otwocku, co o tyle miało znaczenie, że wiele osób, które zatrudniły się w nim, szukało pokoi do zamieszkania. Wynajęła więc pani Katarzyna dwa pokoje w nowym domu, co poprawiło jej domowy budżet. – Do mamy przyjeżdżałam na wakacje. Hulałam wtedy po Walkowej Górce i z okien domu przyglądałam się bryczkom jeżdżącym dzisiejszą Żeromskiego oraz ciuchci wożącej ludzi i towary, a nieraz mama zabierała mnie do Otwocka. Cóż to były za dziwy: sklepy z dużymi szybami, a za nimi cudeńka najróżniejsze, stacja kolejowa i pociągi, nawet samochód, widziałam i Żydów z pejsami, i ratusz. Raz nawet mama kupiła mi lemoniadę i ciastka. A smakowało, że ho, ho! – wspomina pani Cecylia, wychowywana w niewielkiej wiosce i u rodziny, której się nie przelewało.

Mając siedemnaście lat Celka wróciła do Teklina na dobre. Aby podreperować domowy budżet, w rok po wyzwoleniu, najęła się do pracy w sanatorium, które mieściło się obok. – Nie nadawałam się na salową ani sprzątaczkę, ani kelnerkę, bo byłam niezdara, mówiłam gwarą i ledwie mogłam się podpisać. Co prawda w Rzakcie chodziłam do szkoły, ale tylko w te dni, gdy nie trzeba było zakładać butów, bo ich nie miałam, tak, jak nie miałam podręczników i zeszytów. Dali mnie zatem do kuchni, gdzie myłam gary. Kucharka, pani Artysiuk, polubiła jednak wsiową niezdarę i załatwiła mi naukę w szkole wieczorowej przy ul. Szkolnej w Otwocku, gdzie ukończyłam szkołę powszechną, siedmioklasową i przy Polskim Czerwonym Krzyżu zrobiłam kurs młodszych pielęgniarek. Dalszą naukę i pracę kontynuowałam w Warszawie – wspomina pani Cecylia.

Tajemnica dołów Goldmana

Był rok 1954. Pieliłam kwiaty przed budynkiem Żołędziówki przy Nowogrodzkiej 75 w Warszawie. Mieścił się tu Instytut Matki i Dziecka, w którym pracowałam na oddziale wcześniaków i z koleżankami mieszkałyśmy w pracowniczym hotelu. Z otwartego okna zawołała mnie po nazwisku koleżanka: ,,Witan chodź na górę! Zaraz twój dyżur!”

- Pani nazywa się Witan? – zapytała mnie stojąca przy wejściu do budynku kobieta z dzieckiem.

- Tak, nazywam się Witan.

- A może od Witanów z Mlądza? – dopytywała.

- Mój ojciec z Mlądza pochodził.

- A może Roman miał na imię?

- Nie, ale to dalsza rodzina. A o co chodzi, że pani tak wypytuje?

- Bo widzisz moja droga, mój brat w lato, gdy weszli Ruscy, pasł u Witanów z Mlądza krowy. Było mu u nich dobrze, więc gdy usłyszałam, żeś Witan, chciałam dowiedzieć się, co u nich, czy zdrowi, jak się wiedzie...

Już miałam biec do pokoju, gdy kobieta zatrzymała mnie, przytrzymując za rękę. - Poczekaj, opowiem ci, co brat widział, jak wtedy w 1944 pasł krowy na mlądzkich łąkach. Mieszkam w Warszawie, a ty do siebie wrócisz i może komuś o tym opowiesz. Może ktoś zainteresuje się – tłumaczyła kobieta, a ja przebierałam nogami, bo szefowa oddziału, docent Izabela Bielicka, nie lubiła, gdy się spóźniałyśmy na dyżur. – Mój brat, gdy pasł krowy, zobaczył kolumnę niemieckich samochodów. I niby nic dziwnego, bo codziennie kolumny wywoziły uciekających za Wisłę Niemców. Ale tym razem kolumna zatrzymała się przy dołach po wydobywanej glinie w cegielni, a żołnierze zaczęli z samochodów wynosić skrzynie. Ciężkie były, bo z trudem je dźwigali i ostrożnie wsuwali do wody, która wypełniała wyrobisko po glinie. Kiedy skrzynie zatopili, kolumna odjechała. Brat bał się komuś o tym wspominać. To, co wtedy widział, ja tylko wiem. Teraz ty, moja złociutka. – Kobieta puściła moją rękę i odeszła, a ja nie myślałam wtedy o tym, co usłyszałam. Zajęta pracą i robieniem matury, a następnie kursem pielęgniarskim, miałam inne myśli i sprawy na głowie. Dopiero kiedyś, gdy byłam u mamy w Teklinie, opowiedziałam jej o kobiecie i o tym, co widział jej brat, gdy pasł krowy.

Na mamie moje opowiadanie nie zrobiło wrażenia.

- Celka, nie interesuj się tym i nikomu nie rozpowiadaj – upomniała. – Powiem ci tylko tyle, że kiedy Niemcy uciekli, tych dołów, a w nich zatopionych skrzyń, pilnował policjant Kamiński. Ten sam, który wcześniej zamordował żydowską rodzinę Bieleckich i ten, którego w piątą rocznicę mordu spalili żywcem wraz z żoną i osiemnastoletnią córką – przestrzegła mnie matka i więcej do tego tematu nie wracałyśmy.

Trudno zapomnieć

Historie te pani Cecylia Żurawska opowiadała mi już w XXI wieku. Razem z mężem Bronisławem byli wtedy od dawna na emeryturze. Żyli sobie spokojnie pośród sosen, na Walkowej Górze i wspominali lata, gdy byli młodzi, pełni energii, choć śmierć zaglądała im i bliskim w oczy. Po latach wojny zostały im wspomnienia: gorzkie i słodkie, przerażające i łagodne – przemieszane, ale na tyle ostre, że trudne do zapomnienia.

Andrzej Kamiński

 

 

 

 

Z archiwum reportera - Trudno zapomnieć komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się