Reklama

Malta. Wyspa, której nie da się zapomnieć…

Na pierwszy rzut oka, Malta wygląda jak scenografia przygotowana przez kogoś, kto przesadził z dekoracjami… Złoty kamień odbija światło tak mocno, że aż pieką oczy. Przyjechałem tu w czasie, gdy w Europie znów mówi się o granicach, bezpieczeństwie i wojnie. Malta odpowiada na to spokojem starego kamienia. Kamienia, który widział już prawie wszystko.

Miasto, które wygląda jak dekoracja

Nad dachami Valletty unosi się kurz, który jest pyłem z globigerynowego wapienia, bo Malta - musicie wiedzieć - przywdziana jest w szatę w jednolicie miodowym kolorze. To z tego charakterystycznego, żółtego kamienia zbudowana jest większość historycznych budowli na wyspie - poczynając od domów po fortyfikacje.

Reklama

Nazwa wapienia pochodzi od mikroskopijnych organizmów morskich - otwornic z rodzaju Globigerina, których skamieniałe szczątki tworzą strukturę skały. Kamień - po wydobyciu - jest stosunkowo miękki, dlatego łatwo go rzeźbić i obrabiać, ale z czasem twardnieje pod wpływem powietrza i słońca. To właśnie ten wapień nadaje Malcie charakterystyczny kolor, coś między złotem, miodem a wypłowiałym bursztynem. W literaturze o architekturze śródziemnomorskiej często podkreśla się, że Valletta o zachodzie słońca wygląda tak, jakby była wyrzeźbiona z jednego kamiennego bloku.

Valletta powstała po Wielkim Oblężeniu w 1565 roku, kiedy rycerze Zakonu św. Jana zatrzymali ekspansję Osmańskiego Imperium. Fernand Braudel - francuski historyk czasów nowożytnych pisał, że Malta była „twierdzą na środku morza”, punktem, przez który przepływały lęki całego kontynentu. Dziś te lęki zamieniono w pocztówki i restauracyjne menu, ale wystarczy wejść w jakąkolwiek boczną uliczkę La Valetty, by zobaczyć ślady dawnych napięć i zbrojnych konfliktów.

Reklama

Miasto jest jednocześnie teatralne i… obronne. Balkoniki wystające poza fasady budynków przypominają pudełka zawieszone nad ulicami. Zielone, czerwone i niebieskie. Każdy wygląda tak, jakby - za chwilę - miała się z niego wychylić bohaterka opery.

Wąskie ulice przecinają się pod kątem prostym. To dlatego, że rycerze zaprojektowali Vallettę jak jeden, wielki mechanizm obronny. Wszystko tutaj ma strategiczny sens - mury, fortece, wieże obronne, a nawet kształt ulic.

Na Malcie kelnerzy mówią po angielsku, włosku i maltańsku. Maltański brzmi jak arabski, który przeszedł przez Sycylię i wrócił odmieniony. Jedno słowo po drugim przypomina, że wyspa nigdy - do końca -  nie była europejska ani afrykańska.

Reklama

Lęk przed pustką

Do Konkatedry św. Jana wchodzi się z ciekawością. Z zewnątrz budynek wygląda surowo, niemal ascetycznie. Fasada zupełnie nie zapowiada tego, co zobaczymy w środku. Ale po wejściu, zostajemy uderzeni złotem i taką mnogością elementów, że skupić się na czymś konkretnym jest niesłychanie trudno.

Każdy centymetr wnętrza jest pokryty jakimś ornamentem. Anioły, liście, kolumny, marmury, symbole śmierci, czaszki, herby rycerskie. Barok tutaj nie zna umiaru. Historycy sztuki nazywają to zjawisko horror vacui - lękiem przed pustką. Maltańczycy mówią prościej: jeśli można coś ozdobić, trzeba to zrobić. Patrzę w górę i mam wrażenie, że sufit spływa na ludzi jak ciężka zasłona. Zaczynam rozumieć, dlaczego Kościół przez wieki był przede wszystkim teatrem emocji.

Reklama

Polski pisarz Zbigniew Herbert napisał, że barok „nie ufa ciszy”. W konkatedrze św. Jana ta nieufność osiąga swój szczyt. Na marmurowych płytach podłogowych znajdują się groby rycerzy. Śmierć tutaj nie jest ukryta. Jest częścią dekoracji. Kościotrupy trzymają klepsydry, szkielety unoszą miecze, łacińskie napisy przypominają o przemijaniu.

Największy tłum stoi jednak przed obrazem. „Ścięcie św. Jana Chrzciciela” Caravaggia. To jedyne dzieło, które artysta podpisał własnym nazwiskiem.

Caravaggio przybył na Maltę jako człowiek uciekający przed wyrokiem za zabójstwo. Chciał znaleźć schronienie u rycerzy. Odnalazł sławę i kolejne… kłopoty.

Reklama

Obraz jest jednym z tych dzieł, które bardziej się przeżywa, niż ogląda. To jedyne płótno, które twórca podpisał własnym nazwiskiem. Podpis umieścił nie na dole obrazu ani w rogu, lecz w strumieniu krwi wypływającej z szyi Jana Chrzciciela. Caravaggio przybył na Maltę w 1607 roku jako człowiek uciekający przed wyrokiem śmierci za zabójstwo popełnione w Rzymie. Liczył, że zakon joannitów zapewni mu ochronę. Dostał prestiżowe zamówienie, został rycerzem, ale szybko znów popadł w konflikt i ponownie trafił do więzienia.

W tym obrazie czuć napięcie człowieka ściganego. Nie ma tu heroizmu typowego dla religijnego malarstwa epoki. Egzekucja wygląda brutalnie i technicznie. Kat właśnie kończy swoją pracę. Święty leży na ziemi. Wokół stoją ludzie, którzy bardziej są zainteresowani procesem dekapitacji niż współczuciem. Najbardziej niepokojąca jest jednak przestrzeń. Ogromna część płótna pozostaje bowiem ciemna i prawie pusta. Ta pustka działa jak echo. Caravaggio nie potrzebuje tłumu ani ornamentów. Wystarczy światło padające na ciało i twarze. To malarstwo bardziej przypomina teatr, niż klasyczny obraz religijny.

Reklama

Kiedy stoi się przed tym obrazem w Valletcie, trudno nie zauważyć kontrastu między nim a resztą konkatedry. Wokół eksploduje złoto, marmur i dekoracja. A Caravaggio odpowiada ciemnością. Być może właśnie dlatego ten obraz stał się jednym z najważniejszych dzieł na Malcie, bo przypomina, że pod całym barokowym splendorem wyspy zawsze kryło się coś jeszcze: przemoc, lęk, obsesja śmierci i świadomość, że Morze Śródziemne było nie tylko miejscem handlu i piękna, ale też ucieczki, wojny i egzekucji.

Pałac, który opowiada historię Malty

Pałac Wielkich Mistrzów przypomina, że zakon joannitów był nie tylko religijnym bractwem. Był państwem. W salach wiszą gobeliny przedstawiające egzotyczne zwierzęta i bitwy. Żyrafy wyglądają tak, jakby ktoś opisał je artyście przez telefon. Słonie mają ludzkie oczy.

Reklama

Europejczycy XVIII wieku oglądali świat jak coś jednocześnie fascynującego i podejrzanego.

Największe wrażenie robi jednak zbrojownia. Metalowe pancerze ustawiono w niej w szeregu, niczym ludzi gotowych do wymarszu. Niektóre są niewielkie, inkrustowane, ze zdobieniami, inne przypominają ubiory zwalistych olbrzymów.

Patrzę na te hełmy i myślę o tym, że historia Europy to również historia strachu. Przed Turkami, przed piratami, przed obcymi, przed biedą i kolejną wojną.

Na Malcie strach był codziennością. W 1942 roku wyspa była jednym z najbardziej bombardowanych miejsc na świecie. Winston Churchill nazwał Maltę „niezatapialnym lotniskowcem”. Niemcy i Włosi zrzucili tutaj tysiące bomb. Maltańczycy wciąż pamiętają tamten czas. W sklepach z pamiątkami można kupić repliki plakatów z tamtych czasów. Na ścianach kawiarni wiszą stare fotografie ruin. Historia nie ogranicza się tutaj tylko do w muzeum.

Reklama

Muzeum Wojny i cisza po alarmie

Narodowe Muzeum Wojny mieści się w Forcie St. Elmo. W jednej z sal stoi samolot przypominający mechanicznego ptaka z innej epoki. Obok znajdują się fotografie dzieci ukrywających się podczas bombardowań. Najbardziej porusza jednak coś innego. Zwyczajny szkolny zeszyt, w którym mała dziewczynka opisywała swoje odczucia podczas nalotów. Między ćwiczeniami z matematyki notowała godziny alarmów. 8.15 - syreny. 9.40 - wybuchy. 11.00 - wróciliśmy do domu. Historia nagle przestaje być abstrakcją. Albert Camus napisał kiedyś, że wojna jest „sumą prywatnych strachów”. W muzeum na Malcie widać to wyraźnie.

Fort St. Elmo wychodzi w morze jak kamienny klin. Stoję na murach i patrzę na Grand Harbour. Statki powoli wpływają do portu, dokładnie tak samo - jak setki lat temu. Tyle że dziś zamiast galer wojennych są to kontenerowce i monstrualnej wielkości wycieczkowce.

Reklama

MICAS. Sztuka współczesna w kraju rycerzy

Kiedy otwarto MICAS (Malta International Contemporary Art Space), część Maltańczyków pytała: po co nam sztuka współczesna? Przecież wyspa przyzwyczajona jest do przeszłości. Do kościołów, fortyfikacji, relikwii. MICAS wygląda inaczej. Nowoczesna architektura wyrasta z dawnych murów obronnych. Beton i szkło połączone z kamieniem pamiętającym czasy rycerzy maltańskich. W maju 2026 roku otwarto tutaj jedną z głośniejszych wystaw - ekspozycję prac Reggie Burrows Hodgesa.

Obrazy tego autora przypominają sny po katastrofie. Postacie są rozmyte, twarze częściowo znikają, kolory wyglądają tak, jakby zostały przepuszczone przez mgłę. Hodges maluje ludzi zawieszonych między obecnością a znikaniem.

Reklama

To trochę tak, jak na Malcie. Wyspa przez wieki była miejscem przejścia: Fenicjanie, Arabowie, Normanowie, Francuzi, Brytyjczycy. Każdy zostawiał tutaj fragment siebie. Sztuka Hodgesa pasuje do tej geografii, bo na Malcie - XXI wiek i XVI wiek siedzą przy jednym stoliku.

Mdina. Miasto, które mówi szeptem

Do Mdiny najlepiej przyjechać późnym popołudniem… W ciągu dnia, była stolica Malty jest pełna turystów, ale po zachodzie słońca pustoszeje.

Mdina była stolicą Malty przed przybyciem joannitów. Jej historia jest starsza niż Valletty. Arabowie zostawili tutaj układ ulic przypominający labirynt. Łatwo się w nim zgubić. Ale może właśnie o to chodziło. W średniowieczu miasto miało przecież chronić mieszkańców przed atakiem. Wąskie przejścia utrudniały poruszanie się napastnikom. Dziś utrudniają orientację turystom.

Mdina wygląda jak miejsce, które nie ufa nowoczesności. Drewniane drzwi mają kołatki w kształcie ryb, delfinów, czy lwów. W oknach stoją figurki świętych. Może właśnie dlatego tak bardzo lubią ją filmowcy. Kręcono tutaj sceny do „Gry o tron”, ale Mdina nie potrzebuje seriali, by wyglądać nierealnie.

Gozo. Wyspa wolniejsza od czasu

Prom na Gozo płynie niecałą godzinę, ale to wystarczy, by człowiek poczuł zmianę rytmu. Malta jest głośna, Gozo spokojne. Na głównej wyspie wszędzie słychać silniki samochodów i odgłosy dobiegające z budowy nowych hoteli. Na Gozo słychać wiatr. Tutaj - bez wątpienia - czas płynie inaczej. Może dlatego, że krajobraz wygląda bardziej surowo. Tarasowe pola schodzą ku morzu, a kamienne domy wydają się starsze od ludzi, którzy w nich mieszkają.

Gozo to druga co do wielkości wyspa archipelagu maltańskiego, ceniona za malownicze krajobrazy. Przyciąga turystów kameralnymi zatokami, wapiennymi klifami oraz zabytkami sięgającymi czasów prehistorycznych. Wyspa słynie także z doskonałych warunków do nurkowania i tradycyjnej, śródziemnomorskiej atmosfery. Stolica wyspy, Victoria, zachwyca historyczną cytadelą górującą nad okolicą.

Wąskie uliczki prowadzą do katedry, której kopuła jest tylko iluzją. Architekt nie miał pieniędzy na prawdziwą, więc namalował ją na suficie. Maltańczycy od wieków potrafią oszukiwać rzeczywistość przy pomocy dekoracji.

Morze, które wszystko pamięta

Na Malcie morze jest wszędzie. Widać je między ulicami Valletty, spod murów Mdiny, z klifów Gozo. Czasami wygląda spokojnie jak jezioro. Czasami zmienia kolor na granatowy i przypomina stal.

Lawrence Durrell pisał, że Morze Śródziemne jest „wielką pamięcią Europy”. Malta wydaje się jednym z najgłębszych miejsc tej pamięci.

Na Malcie czas nie układa się liniowo. Tutaj wszystko dzieje się jednocześnie. Wyspa jest pełna sprzeczności. Bo z jednej strony, jest jednym z najbardziej katolickich krajów Europy, a jednocześnie jednym z najszybciej modernizujących się. Obok barokowych kościołów wyrastają luksusowe apartamentowce.

Najważniejszym bohaterem Malty nie jest człowiek. Jest nim kamień. Kamień buduje miasta, kościoły, fortyfikacje i grobowce. Kamień odbija światło i przechowuje chłód. Kamień pamięta wszystkie cywilizacje, które przewinęły się przez wyspę. Na Gozo widziałem robotników wycinających bloki wapienia dokładnie tak samo jak przed wiekami. Młotek. Pył. Słońce. Nic się nie zmieniło. Może dlatego Malta wydaje się miejscem odpornym na czas.

Malta przez wieki była miejscem granicznym między Europą a Afryką. Między chrześcijaństwem i islamem. Między wojną a handlem. Między pamięcią a turystyką. W takich miejscach zwykle czuje się nerwowość, ale Malta nauczyła się żyć z tym napięciem.

Wyspa, która zostaje pod skórą

Kiedy samolot startuje z lotniska Luqa, wyspa wygląda jak rozsypane na morzu kamienie. Mała. Prawie niewidoczna. A jednak przez tysiące lat wszyscy chcieli ją zdobyć. Fenicjanie, Rzymianie, Arabowie, Napoleon, Brytyjczycy. Wszyscy zostawili tutaj fragment własnej historii. Może właśnie dlatego Malta działa na wyobraźnię mocniej niż większe kraje. Jest koncentratem. Tutaj Europa staje się bardziej intensywna: bardziej religijna, bardziej teatralna, bardziej przestraszona i bardziej piękna.

Malta ma osobowość człowieka, który dużo przeżył i nauczył się ukrywać zmęczenie pod eleganckim ubraniem. Turysta widzi słońce i błękitną wodę. Ale pod spodem znajdują się wojny, oblężenia, migracje i pamięć. Bo na Malcie nawet najpiękniejszy widok ma drugie dno. I może właśnie dlatego nie da się o niej zapomnieć.

Andrzej Idziak

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 27/05/2026 13:02
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo iOtwock.info




Reklama
Najnowsze wiadomości