10°C pochmurno z przejaśnieniami

Pasja z odrobiną szaleństwa - trener MKS Karczew o sobie i swojej pracy

Piłka ręczna, Pasja odrobiną szaleństwa trener Karczew sobie swojej pracy - zdjęcie, fotografia

z Grzegorzem Ankiewiczem – trenerem piłki ręcznej kobiet drużyny MKS Karczew - rozmawia Andrzej Idziak / cz.2

- Proszę zdradzić, jaka jest  recepta na zbudowanie dobrej drużyny? To dzieło w dużej mierze przypadku, zdolności dokonywania selekcji uzdolnionej piłkarsko młodzieży czy też środowiska i warunków, w jakich przychodzi pracować trenerowi?

- Nigdy nie liczyłem, ile łącznie dziewczyn przewinęło się przez nasz  zespół przez wszystkie lata, ale na pewno wiele. Moją metodą jest „selekcja naturalna”. Kiedyś prowadziłem klasy sportowe, robiłem sprawdziany i testy, w ten sposób dobierając dziewczyny do zespołu. Z tych czasów pochodzi m.in. grająca dzisiaj w drużynie seniorek - rozgrywająca Małgosia Trzepałka. Później było z tym trudniej, bo po reformie edukacji  klasy sportowe zostały zamknięte i trzeba było radzić sobie w inny sposób. Tak naprawdę motorem pracy każdego trenera jest przede wszystkim ogromna pasja, poświęcenie względem własnej rodziny i co, tu dużo mówić, jakaś odrobina… szaleństwa. Sport zawsze zresztą opierał się w dużej mierze na pasjonatach i „szaleńcach”. Wyjątkowo uzdolnione sportowo pokolenia zawodniczek czy zawodników oczywiście się zdarzają. Trafili na takie pokolenie Bogdan Wenta czy Adam Nawałka. Nasze dziewczyny z roczników 2000 i 2001 też mają coś w sobie. To są dziewczyny charakterologicznie pasujące do siebie. Mają dobre cechy ambicjonalne, rozumieją się i  lubią - również prywatnie. Ale za tym wszystkim musi iść jeszcze ciężka i systematyczna praca, tylko wtedy przychodzą efekty.

- Czy możemy mówić o „karczewskiej szkole piłki ręcznej”?

- Myślę, że TAK… Już dzisiaj inne kluby podpatrują nas i filmują. Takie elementy jak organizacja gry czy wyjście do szybkiego ataku, rozwiązania taktyczne w przewadze - to nasze autorskie rozwiązania. Czasem oglądając jakieś rozegrania innych drużyn, dziewczyny śmieją się, że to „nasze” (uśmiech) i pytają mnie, czy ja te akcje sam wymyślam. W rzeczywistości są to lata doświadczeń,  podpatrywania najlepszych i uczenia się na błędach. Pewnym akcjom zresztą nadajemy własne nazwy, np. „Serbia” czy „Kielce”… W naszych zagraniach nie ma przypadkowości, każda z zawodniczek doskonale wie, co i w którym momencie ma zrobić na boisku. Pewne stałe elementy gry wielokrotnie i czasem do znudzenia ćwiczymy na treningach.

- Kiedy obserwuję na meczach innych trenerów, odnoszę takie wrażenie, że reagują oni bardzo impulsywnie. Pan, Panie Grzegorzu, zwykle prezentuje spokój i opanowanie. Jak Pan to robi?

- Trener powinien wykonać swoją pracę przede wszystkim  na treningu. I jeżeli przegrywamy mecz, winię o to głównie siebie samego. Ja również każdy mecz na pewno mocno przeżywam, ale ja „gram” gdzieś wewnętrznie. Każda decyzja podczas meczu jest moją decyzją i to ja jestem za nią odpowiedzialny. Mnie tylko może irytować, kiedy widzę, że jesteśmy na parkiecie zespołem lepszym technicznie i taktycznie a brakuje u nas koncentracji lub decyzje sędziowskie wypaczają wynik. Jeżeli dziewczyny dają z siebie wszystko i grają równie odpowiedzialnie w obronie, jak i w ataku, musi być dobrze.

- Bycie trenerem polega w dużej mierze na umiejętności budowania motywacji, jaka jest na to najlepsza recepta? Co Pan mówi zawodniczkom w szatni, kiedy „nie idzie”?

- Nie ma na to jednoznacznych czy gotowych recept… Sytuacje bywają różne. Trzeba jakoś do dziewczyn dotrzeć, dobrze ułożyć mecz w głowach, jasno przekazać zadania, które mają do wykonania. Najważniejsza jest sfera psychiczna. O grze defensywnej czy ataku prawie nie rozmawiamy, chyba że trzeba coś skorygować. To są już na tyle doświadczone zawodniczki, że same dają sobie radę. Ale jak widzę, że w czasie meczu, że odwróci się do mnie rozgrywająca, to wiem, że potrzebuje pomocy i wtedy pada hasło: co mamy grać? Ja oczywiście nie chcę odbierać im możliwości podejmowania decyzji i zdolności samodzielnego myślenia. Jak będzie dobrze, przytaknę, jak źle - to się wtrącę. To one same muszą być pewne tego, co chcą zrobić.

- W sporcie zespołowym, jakim jest piłka ręczna, liczy się suma umiejętności wszystkich zawodniczek, ale również, a może - przede wszystkim - charakter drużyny. Czy Pana zdaniem, MKS Karczew to drużyna z charakterem?

- TAK! Dziewczyny są silne psychicznie i doskonale wiedzą, na czym polega walka na boisku. Potrafią się postawić przeciwnikowi i nawet paradoksalnie, czasem lubią gonić wynik. Im trudniejszy przeciwnik, tym lepiej nam się gra. Jest większa koncentracja.

- Podobno styl, w jakim gra drużyna, zależy w dużej mierze od trenera, który ją prowadzi. Podziela Pan ten pogląd?

- Tak, podzielam. Każdy trener, nie tylko zresztą piłki ręcznej, ma swoją filozofię gry. Każdy ma swoją wizję organizacji gry w obronie czy ataku, naszym znakiem rozpoznawalnym jest obrona systemem 4 : 2. Podobnie jak wyjście do szybkiego ataku z pierwszą piłką zagraną do boku. Pisałem już o tym w swojej pracy magisterskiej, obserwując na meczach organizację ataku pośredniego w wykonaniu warszawskiego AZS-u. Mało tego, nawet nie wyobrażam sobie dzisiaj, aby tę akcję można było rozegrać inaczej. Najwięcej zawodniczek jest przecież w środkowej strefie boiska. A kto pilnuje linii bocznej? Zwykle jedna zawodniczka. Nasze dwie dziewczyny z jedną przeciwniczką prawie zawsze sobie poradzą. Dlatego szybki atak zawsze wyprowadzamy bokiem, a staramy się go kończyć na środku.

- Jest Pan - w pewnym sensie - dla dziewczyn grających w zespole, drugim ojcem... Średnio w roku spędza Pan z nimi więcej czasu na treningach, meczach, turniejach i obozach niż niejeden rodzic…

- Wie Pan, kiedyś nawet własne córki zarzuciły mi, że więcej czasu poświęcam dziewczynkom z drużyny niż im  (śmiech).  Ale ja nie zamierzam robić z siebie męczennika. Piłka ręczna, to co prawda, moja ogromna pasja, ale najważniejsza zawsze była i będzie dla mnie rodzina. Był taki moment w moim życiu, kiedy będąc młodym człowiekiem i jednocześnie graczem jednej z drużyn piłki ręcznej, złapałem poważną kontuzję. Dzisiaj zerwane wiązadło krzyżowe czy uszkodzona łąkotka to kilka miesięcy przerwy i powrót na parkiet. W latach 70. niestety wyglądało to zupełnie inaczej. Mimo że operował mnie najlepszy w tamtym czasie chirurg-ortopeda, można powiedzieć: „sława  światowa”, to operacja nie zakończyła się pełnym sukcesem, wskutek czego byłem zmuszony zakończyć moją piłkarską karierę. Było w tym trochę winy mojego ówczesnego trenera, który pozwolił mi grać z kontuzją. To, co się stało, jest nauczką na przyszłość, że każdy uraz należy wyleczyć do końca. Często powtarzam to moim dziewczynom... Dlaczego do tego wracam? Bo to zdarzenie i splot innych okoliczności spowodowały, że postanowiłem z żoną opuścić Warszawę i zacząć wszystko od nowa. Los zaniósł nas do Karczewa, gdzie początkowo pracowałem jako nauczyciel wychowania fizycznego w karczewskich szkołach, a kiedy w mieście wybudowano halę sportową, wiedziałem, że muszę wrócić do piłki ręcznej.

Nie ukrywam, że dziewczyny, które trenuję są mi bardzo bliskie. Łączą nas nie tylko wspólne przeżycia, ale i czas jaki spędzamy razem. Znam ich problemy i staram się im pomagać w różnych sprawach, tworzymy jedną, wielką sportową rodzinę.

- Porozmawiajmy chwilę o sprawach prywatnych… Jakim człowiekiem jest Grzegorz Ankiewicz? Co najlepiej lubi robić w wolnych chwilach?

- Trochę marzyciel, trochę szaleniec - taka mieszanka. Wolne chwile, których niestety nie mam zbyt dużo, lubię spędzać z rodziną nad Narwią, gdzie najlepiej wypoczywam. Spotykamy się tam z przyjaciółmi, w dzień wędkujemy, a wieczorem obowiązkowo ognisko, gitara i cygańskie pieśni śpiewane do rana.

- Co jest dla Pana w życiu ważne?

- Na pewno rodzina! Mam świadomość, że wciąż poświęcam jej za mało czasu… ale dopóki mnie wspiera i zdrowie dopisuje, to wyznaczam sobie nowe cele. Kiedy wybiegam myślami w przyszłość, to bardzo boję się tego momentu, kiedy moja przygoda z piłką ręczną się skończy i zostaną mi tylko wspomnienia. Wie Pan… ja cały czas gram, nawet kiedy odpoczywam w fotelu albo jestem na rybach. To silniejsze ode mnie.

- Dziękuję za rozmowę!

 

O tym m.in. jak drużyna MKS Karczew awansowała do I ligi - czytaj w 1 części wywiadu z Grzegorzem Ankiewiczem

Pasja z odrobiną szaleństwa - trener MKS Karczew o sobie i swojej pracy komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się