Z Zygmuntem Chajzerem o radiu, dziennikarstwie i życiowych wyborach rozmawia Andrzej Idziak
- Jeszcze kilkanaście lat temu mówiono, że radio to medium zanikające, że traci na znaczeniu… No bo po co tylko słuchać, skoro można równocześnie słuchać i oglądać? Wraz z dynamicznym rozwojem telewizji, pojawiły się teorie, że radio niebawem odejdzie do lamusa. Podobnie jak kino, którego „odejście”, anonsowano już wcześniej. Szybko jednak okazało się, że to nieprawda. Radio ma się świetnie i skutecznie konkuruje z innymi mediami.
Są miejsca i pory dnia, kiedy radio jest bezkonkurencyjne. Wieczór zwykle należy do mediów wizualnych. Telewizja, Internet, platformy streamingowe, ale rankiem niepodzielnie króluje radio! Najlepsza pora słuchania to siódma, ósma rano, do dziesiątej. I zwykle w samochodzie. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Tak było kiedyś i tak jest dzisiaj. I to jest fantastyczne.
Radio żyje dziś pełnią życia. Dzięki mnogości stacji, każdy może wybrać coś dla siebie. Ja obecnie pracuję w Radiu Pogoda, które gra muzykę lat 50., 60. i 70. Słuchają nas pokolenia, które dzięki utworom Jerzego Połomskiego czy Ireny Santor wracają do czasów swojej młodości. Ale naszymi słuchaczami są również młodzi ludzie, którzy - sami dla siebie - „odkrywają”, że przed Dawidem Podsiadło czy Sanah - też była jakaś muzyka. Dla nich to nowość.
Kiedyś, zadzwonił do nas jeden z słuchaczy - pan Marek, który pracuje jako woźny w szkole w Poznaniu i opowiedział taką historyjkę… - „W swoim kantorku słucham cały czas Radia Pogoda. Wpadają do mnie często uczniowie, coś tam zapytać, czy czegoś się dowiedzieć. A odbiornik mam cały czas włączony na Radio Pogoda. Słuchają tego co leci… W końcu mówią: panie Marku, jakie fajne radio. Super muzykę grają!”.
Dla młodych ludzi, muzyka z lat 70-tych, czy 60-tych - to już zamierzchła historia. Ale jaka piękna! Iluż fantastycznych wykonawców, ile głosów, jaka muzyki, teksty! Znakomity Marek Grechuta, gdyby teraz pojawił się w na rynku muzycznym ze swoją poezją, byłby wykonawcą absolutnie niszowym z nielicznym gronem słuchaczy, a w tamtych czasach był wielką gwiazdą. Takiej muzyki się wtedy słuchało. Taka muzyka wpadała w ucho. I słowa: „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy” też coś znaczyły. Siła tej muzyki i tekstów sprzed lat jest przeogromna. Cieszę się, że dzisiaj odkrywamy tę muzykę na nowo, że słowa tych piosenek napisanych wiele lat temu, trafiają także do młodych ludzi.
- Dla pokolenia, do którego należę, jak również pokolenia moich rodziców, pomaganie innym - było czymś naturalnym. Myśmy nie musieli się tego uczyć. To było oczywiste. Jeśli możesz, jeśli Cię na to stać, to - po prostu - to zrób! Wyciągnij rękę do kogoś, kto potrzebuje pomocy. I nie zawsze chodzi - w tym przypadku - o środki materialne. Czasami wystarczą słowa.
Nie wiem, czy wiedzą Państwo, co to są olimpiady specjalne? Otóż są to zawody sportowe dedykowane osobom z niepełnosprawnością intelektualną. Zostały zapoczątkowane w Stanach Zjednoczonych przez panie Eunice Kennedy i Kennedy Schreiber.
Kiedyś rodzice bali się pokazywać takie osoby, bo one inaczej wyglądają. Bali się jak ludzie zareagują, widząc, że ich dziecko jest „inne”. Te bariery zaczęto przełamywać na początku lat 80-tych. Duży wkład miały - w tym przypadku - olimpiady specjalne. Nagle okazało się, że osoby z niepełnosprawnością, mogą dać z siebie bardzo wiele. W przysiędze, składanej podczas takich zawodów, są takie słowa: „pragnę zwyciężyć, ale jeśli nie będę mógł zwyciężyć, chcę być dzielny w swoich wysiłkach”. Bo dla tych ludzi, nie liczy się tylko walka z przeciwnikiem, ale przede wszystkim - z własną słabością. Rywalizacja podczas olimpiad specjalnych - to najpiękniejsza i najczystsza forma sportu jaką znam. Tam jest miejsce na słabość, tam jest miejsce na walkę z samym sobą. Jeśli nie zdołam zwyciężyć, chcę być przynajmniej dzielny w swoich wysiłkach.
Wspieram podobne inicjatywy i przy okazji imprez o takim charakterze, daję z siebie to - co mogę…, najczęściej część swoich umiejętności zawodowych. Robię to z ogromną radością i satysfakcją.
- Tych rozmów i spotkań było naprawdę wiele… Ale może powiem kilka słów o swoich mistrzach, ludziach, od których bardzo dużo się nauczyłem. Kiedy zaczynałem swoją pracę dziennikarską w redakcji sportowej Polskiego Radia, miałem okazję poznać naprawdę elitę polskiego dziennikarstwa sportowego. Tam spotkałem Włodka Szaranowicza, Darka Szpakowskiego, no i oczywiście - Bogdana Tuszyńskiego, który wówczas kierował tą redakcją. Chłonąłem ich wiedzę, poznawałem umiejętności, przyglądałem się ich pracy, sposobowi komentowania, prowadzania wywiadów, montowania materiałów. A nie było to takie łatwe, bo wtedy taśmę radiową cięło przy pomocy specjalnego noża. Trzeba było dokładnie wiedzieć, w którym miejscu zrobić cięcie, żeby nie zepsuć materiału. To była duża sztuka.
Później z redakcji sportowej trafiłem do pierwszego programu Polskiego Radia i tam spotkałem Tadeusza Sznuka, absolutnego mistrza słowa, mojego wielkiego przyjaciela i człowieka o ogromnym sercu. Bardzo wiele się od niego nauczyłem.
Moim szefem - przez pewien czas - był też Sławomir Szof, korespondent Polskiego Radia w Rzymie. Kiedy wrócił do kraju, został szefem naszej redakcji. I był taki moment, być może decydujący o moim rozwoju zawodowym, kiedy z wizytą do Polski przyleciał Ojciec Święty. Na lotnisku sprawozdawcą tego wydarzenia był właśnie Sławek Szof, który - swoimi słowami na żywo - przekazywał co się dzieje. A ja, wtedy jeszcze młody reporter, trafiłem na Krakowskie Przedmieście, żeby z wielkim, ciężkim magnetofonem nagrywać reakcje ludzi, pytać o ich wrażenia i odczucia. W wielu oknach, wystawione były wtedy radioodbiorniki, w których było słychać tylko głos Sławomira Szofa. Panowała taka cisza, a ludziom na ulicy leciały łzy.
Nic więcej. Tylko słowo. Pięknie przekazane i mądre, opowiadające o tym - co się akurat działo. Pomyślałem sobie w tym momencie, jak ogromna jest siła słowa i jak wiele można słowami opowiedzieć. Wtedy też zrozumiałem, że nie zawsze musi być obraz i głos. Głos i dźwięk mogą kreślić obraz równie dobrze. To był ten moment, kiedy dotarło do mnie, że chcę pracować w radiu. Bo w naszym głosie, w słowach które wypowiadamy jest ogromna siła, dzięki której możemy zarówno budować, jak i burzyć.
- Nie. We mnie dziennikarstwo rodziło się powoli. Ale myślę sobie - patrząc z perspektywy tego prawie półwiecza mojej działalności zawodowej, że dokonałem dobrego wyboru. I chociaż dzisiaj uważam się bardziej za prezentera i człowieka zajmującego się rozrywką, to dziennikarstwo jest i zawsze we mnie było. Traktowałem je zresztą i nadal traktuję niesłychanie poważnie.
- Młodym ludziom rozpoczynającym ten trudny zawód, chciałbym przekazać trzy rady. Po pierwsze: czytajcie dobrą literaturę. Bez czytania, bez poszerzania swojego słownictwa, bez dobrej literatury - nie ma dobrego dziennikarstwa. Po drugie: uczcie się słuchać ze zrozumieniem. I trzecia rzecz - studiujcie języki obce. W przypadku dziennikarzy radiowych ważne jest by nawet, jeśli nie zna się któregoś języka, znać zasady jego wymowy. To jest absolutny obowiązek. Można nie mówić po hiszpańsku, ale trzeba wiedzieć, jak się czyta.
Ważna jest też poprawność językowa i czystość języka polskiego. Dzisiaj, język polski jest „maltretowany” na wszelkie możliwe sposoby, zaśmiecany i kaleczony. Sam, staram się mówić poprawnie i czysto, tak - jak nauczyli mnie moi nauczyciele i mistrzowie. I od czasu do czasu, zwracam młodym ludziom uwagę by mówili poprawnie, po polsku, bo to naprawdę bardzo piękny język.
- Niestety media społecznościowe mają negatywny wpływ na jakość współczesnego dziennikarstwa. Mówię „niestety”, bo młodzi ludzie, typu tiktokerzy, chcą przede wszystkim zwrócić na siebie uwagę i czymś zaszokować. Zrobić coś głupiego, coś - co zwróci uwagę innych. I nie mówimy tutaj o żadnej jakości, bo tej - w tym co robią - najzwyczajniej nie ma. A niestety wpływy różnego rodzaju internetowych influencerów, są przeogromne. Sam wrzucam coś - od czasu do czasu na swoje konto na Instagramie, bo mam taki obowiązek… Obserwuje go jakieś czterdzieści parę tysięcy ludzi. Uważam to za dobry wynik, natomiast spotykam młodych ludzi, których w ogóle nie znam i oni mówią: - „wiesz, ja mam dwa miliony obserwujących”. Kurczę, skąd oni tych obserwujących biorą?
- Nie! Ja nic innego nie umiem. Trochę żartuję, bo mógłbym się zająć na przykład remontami budowlanymi, bo całkiem niezły w tym jestem. Mógłbym być też trenerem siatkówki, bo też się na tym znam. Co jeszcze mógłbym robić? Nie wiem… Być parkingowym?
Niedawno skończyłem siedemdziesiątkę i nagle okazało się, że mam tyle roboty, że nigdy w życiu tyle nie miałem. Prowadzę równocześnie, w różnych stacjach telewizyjnych - cztery programy. Na dodatek mam pracę w radiu i siatkówkę, którą zajmuję się amatorsko w młodzieżowym klubie siatkarskim. Grywam trzy razy w tygodniu, regularnie, przy czym - zamieniłem twardy siatkarski parkiet na… piasek. Jest w Warszawie taka hala, ogrzewana i z piaskiem, gdzie spotykamy się z kolegami, żeby pograć. I nieźle nam idzie. Średnia wieku … siedemdziesiąt dwa.
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Nazwisko Podsiadło odmienia się przez przypadki - z Podsiadłą . Jako przykład często podawane jest nazwisko Kościuszki - z Kościuszką. Przed Podsiadłą, przed Kościuszką. W znacznej mierze to dziennikarze robią z języka polskiego bełkot.